Asia i Dr Clown

Asia należy do tych niezwykle rzadkich i bezcennych osób, które spotykając, masz wrażenie, że istnieją tylko przez chwilę, są tak ulotne w swoim działaniu, a wszelkie ich zachowania przyprawiają Cię o niewytłumaczalne wzruszenie z domieszką skrępowania nad sobą.

Przypominają dar, dzięki, któremu masz możliwość nauczenia czegoś więcej o sobie i innych. W jakiś sposób, choćby najmniejszy stać się nieświadomie lepszym. Zatrzymujesz się, przyglądasz im i zastanawiasz jak udało im się przetrwać w tym dziwnym, częstokroć zimnym, samolubnym świecie, w którym potrzeba niesienia pomocy, uśmiechu i otuchy walczy o lepsze z egoistycznym "ja". Odwróconym spojrzeniem, obojętnym wzruszeniem ramion tuż nad maleńkimi ludźmi, najbardziej bezbronnymi, a wszystko to wespół z chłodem walki o własne dobro, gdzie nie ma miejsca, na ciepło i troskę, ponieważ te okazują się zbyt „kosztowne” i nie można ich w żaden sposób przeliczyć na materialne środki.


Poznałam Asię cztery lata temu, dzięki Rafałowi prowadzącemu warsztaty kuglarskie dla dzieciaków. W tedy też po raz pierwszy byłam w szpitalu u maluchów z kochanymi duszyczkami z "Dr Clowna". Nie pamiętam ile razy od tamtego czasu wracałam do szpitala, myślę, że nie była to znaczna ilość, ponieważ z różnych względów nie czułam się na siłach, miałam własne problemy, które okazywały na tyle emocjonalnie-chłonne, że brakowało mi uczuć, empatii i bezinteresowności, aby móc kontynuować wolontariat. Na pewno nie posiadałam jej w takiej dozie jaka istnieje u Asi, jej dziewczyn i mniej licznej męskiej ekipie ;) Jednak po mimo tego, Asia nigdy nie zapomniała o mnie, choć można by było uznać mylnie, że ja zapominałam o "Dr Clownie". Mogłam stać się jedną z licznego grona wolontariuszy chwili, którzy na pewno w dziesiątkach przewinęli się przez Fundację, nie odnajdując głębszego powołania ginęli na powrót w szarym tłumie. Myślę, że gdybym, ja sama w taki sposób zaginęła, prawdopodobnie czułabym się bardzo skrępowana jeśli kiedykolwiek sama zdecydowałabym powrócić do Fundacji.

Coś na kształt "raz już byłam, ale niczym szczególnym nie wykazałam, zostawiłam, poszłam dalej, więc nie można na mnie liczyć, nie zasługuję na zaufanie". Znając siebie "z kiedyś" na pewno tak bym myślała, gdyby zabrakło Asinej pamięci o mnie, jej sympatii i ciepła. Po prostu nie czułabym się na miejscu, "nie dość", mniej dobra wśród tych wszystkich młodych ludzi, pełnych energii i zapału do pomocy. Pokusiłabym się o stwierdzenie, pełnych miłości do innych - choć gdzieś wewnętrznie szczypie to lukrowanym patosem, przesłodzonym idealizmem otaczającym wszystkie formy wolontariatu. Ale prawda jest taka, że nigdy się tego idealizmu nie zrozumie i zawsze człowiek będzie się dziwił, czasem kpił nad naiwnością, dopóki sam nie stanie po drugiej stronie. Znając duszyczki z Dr Clowna nawet dziś, mimo, że minęło już sporo czasu i wiem o wiele więcej o nich i ich działaniu niż przeciętny człowiek przypatrujący się im z boku - ponieważ sama miałam możliwość towarzyszyć im "na akcji" - po mimo tego nawet ja nie jestem wolna od zastanawiania nad siłą i źródłem tego "idealizmu". Skrupulatniej właściwszym jest napisać "idealizmu wiary w innych", bo to w tej myśli kryję się maleńki fragment barwnej mozaiki.

Najlepiej chyba obrazuje to, krótkie Asiowe zdanie, formowane w różny sposób, wymawiane tym samym ciepłym, serdecznym tonem, lekko pieszczotliwym, jakby mówiła to bliska Ci osoba: „Bez Ciebie to, by się nie udało, nie wyszłoby, nie było by tak fajnie, jesteś niezastąpiona, niezastąpiony musisz być” . Słowa, które może usłyszeć, każdy, kto jej towarzyszy, na kogo liczy i w kogo wierzy całą sobą, gdzieś wyłuskując tym samym z człowieka pokorne dobro, którym ma potrzebę podzielić i przez chwilę poczuć, że potrafi zrobić coś nie myśląc o sobie w kategoriach „ja”.

Ciepłe i puchate… a jeśli możesz otrzymać coś w zamian ? Kiedyś, dawno temu rozmawiałam z Asią o bezinteresowności, w jaki sposób to działa, że można tak rzucić wszystko i być dla innych bez wliczania w to własnego „ja”. Asia wyjaśniła mi, że zawsze jest „ja”, że nie ma czegoś takiego jak bezinteresowne działanie, zachowanie, czyny, ponieważ nawet wówczas kiedy pomaga, jest w gotowości i całą sobą wchodzi w pomoc innym - otrzymuje coś w zamian. Satysfakcję, radość, że dzięki niej choćby mały fragment może zmienić się na lepsze, czuję się potrzebna, ma swój udział w dobru, któremu towarzyszy. Uczy się pokory i świadomiej potrafi docenić własne życie, zdrowie. To, że ma tak wiele wokół siebie, nie brakuje jej tego co najważniejsze, gdzieś lepiej potrafi pojąć, że to co ją spotyka ma określony sens i zawsze prowadzi w jasną stronę, nawet jeśli gdzieś po drodze kluczy po czarnych, kolczastych szlakach nie wiele mówiących o przeznaczeniu i szczęściu.

Mając kontakt z Asią, czasami sama czuję się jak jedno z tych chorych dzieci, które odwiedza w szpitalu wystrojona w niebieską perułkę z różowymi kokardkami, w różowych śpioszkach o rozmiarze XXL, różowych frotowych skarpetkach przyozdobionych białymi króliczkami, a wszystko to zwieńczone tym wielkim gąbkowy clowni noskiem… (nawet jeśli wygląda normalnie ja zawsze widzę ten nosek… ) Czuję się jak dziecko, które ma chorą duszę, jest niepełnosprytne mentalnie ;) zakompleksione, wiecznie dołujące i egzystencjalnie czujące bezsensu – uh!, tak chyba w prostych słowach można określić moją jednostkę chorobową :P. Jedyny problem w tym, że nie ma właściwie odpowiedniego oddziału specjalnie dla mnie, na który mogłaby zawitać Asia ;) tak więc, terapia śmiechem siłą rzeczy ma miejsce w każdej innej chwili, kiedy mam możliwość spotkać Asię…

|24,10,2010|

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz