Jutro - idealne słowo dla wielbiciela samodoskonalenia - 10/30

Wiem, nie ja jedna znam to błędne koło. Plan wszystkiego co możliwe i odkładanie owego na magiczne JUTRO. Jeśli i Ty z uwielbieniem tworzysz listy do zrobienia, zaległości piętrzą bezlitośnie, a później z równym wdziękiem znajdujesz hiperistotne wytłumaczenia dlaczego by czegoś nie zrobić następnego dnia – to wiedz, że nie jesteś sam. Wiem jak się czujesz. 

Na wielu stronach można przeczytać przemądre rady jak skutecznie ułożyć sobie kalendarz zadań. Jak efektywnie oszacować każdą najmniejszą mikrosekundę naszego bezcennego czasu, tym samym tracimy czas na czytanie jak ten czas zaoszczędzić. Brzmi to absurdalnie, ale tak jest z wieloma rzeczami i sprawami. 

Zamiast coś zrobić szukamy tysięcy sposobów jak do tego zabrać się, bo łatwiej jest uczyć na cudzym doświadczeniu i błędach niż osiągnąć coś poprzez zaangażowanie własne. Szybko, na skróty, najkrócej jak się da. Ba, jesteśmy o tym nie raz przekonywani na siłę, że bez tej cennej wiedzy niczego sami nie zrobimy. Włącza się chochlik nałogowego zbieracza informacji, któremu cały czas jest mało. Nie czuje się dostateczne doedukowany aby zacząć działać i bez wytchnienia kumuluje niezbędne egzystencjalno-empiryczne lifehack`i

Jest pełen mitów, ale nie ma żadnych własnych faktów. 


Wiele razy osobiście towarzyszył mi ów chochlik. Siedział na moim ramieniu i bezczelnie gapił w monitor. Ogonem nakrywał moją dłoń trzymającą myszkę i złośliwie otwierał milion stron w przeglądarce z gatunku „wartych do przejrzenia”. Szeptał rubasznie do ucha – „jeszcze to zobacz i to.. i zajrzyj tu, a widziałaś to… musisz to zapisać… to ważne.. jak możesz tego nie sprawdzić”.  

by Dave Oliver

Dzięki temu moja przeglądarka zatonęła od heksabajtów strumienia danych pochowanych w katalogach, poutykanych po różnych serwisach do kolekcjonowania pomysłów i marzeń. Wszystko zgrabnie opisane, oznaczone etykietkami i hashtagami, tak by nic nie zginęło. Nie umknęło w powodzi informacji niezbędnych do realizacji Wielkiego Planu. 

Planu - jak stać się lepszym, mądrzejszym, doskonalszym, zdolniejszym, zdrowszym, piękniejszym, modniejszym, bardziej matecznym i skrycie infantylnym, bo to jest takie słodkie. Można ułożyć z tego prawdziwą litanię do chochlikowego bóstwa samodoskonalenia, któremu wcale nie zależy na tym, abyśmy realnie coś zmienili wystarczy mu nasz akt wiary w postaci fetyszu dopieszczania naszej zachłannej potrzeby poszukiwania „zbędnej zmultiplikowanej wiedzy” idealnej do zastosowania już od jutra, bo przecież dziś nie starczy na to czasu…

***


Wpis ten dopisuję do dzisiejszego/wczorajszego słówka "Jutro" w listopadowym blogowaniu u Maknety :) kilka punktów umknęło mi po drodze, spodziewałam się tego ale cóż poradzić mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone. Mój Dzień 8 możecie Podziwiać tutaj :)

Pozdrawiam Was przeciepło Juju.



Krótko i na temat. Czy uda mi się temu sprostać? 5/30

Prostota nigdy nie była dla mniej najłatwiejszą sprawą do ogarnięcia. Tak jak uwielbiam spisywać listy małe i duże, ponieważ dodają mi pewności, że moje plany można rozłożyć na poszczególne atomy i dzięki temu potrafię je skutecznie zrealizować,  tak odczuwam wielką antypatię do łatwych rozwiązań. Irracjonalny niespójny Mikroabsurd


Nie chodzi tylko i wyłącznie o to, że uważam, że trudne rozwiązania są bardziej wartościowe, ponieważ niosą ze sobą serię mniejszych łamigłówek, których rozsupłanie daje większą satysfakcję. 

Chciałabym, aby to było takie oczywiste, wówczas radowałabym się z mojego geniuszu świadomie wybierającego trudniejszą drogą, która jest w stanie bardzie udoskonalić i rozwinąć mnie. 

Zupełnie tak jakbym nie wierzyła, że proste może być naprawdę najbardziej proste i wcale nie musi być złe, zaś jeszcze częściej okazuje się najlepszym rozwiązaniem. Jest to jeden z tych tematów odnotowany na moich „listach”, który rzewnie zawodzi i domaga się szczególnej uwagi. 


Myślę, że można to połączyć z kilkoma wątkami, wartymi rozpatrzenia:


  • Nie staraj się tworzyć problemów tam gdzie ich nie ma. Ponieważ nie ma ich – są tylko sprawy do rozwiązania.
  • Nie utrudniaj spraw na siłę i nie doszukują się drugiego, trzeciego… n-tego dna.
  • Nie bój się wybierać drogi na skróty kiedy spieszysz się — nie martw się nic Cię nie ominie —ważne rzeczy i tak się wydarzą tylko w innym miejscu. 
  • I coś czego uczę się na nowo i bezpośrednio związane jest z tym miejscem — chciałabym pisać prosto i zrozumiale.
    W sposób spójny, czytelny, bez kilometrowych akapitów nieskończenie podrzędnie rozbudowanych nadmuchanych zdań. 

Mam nadzieję, że kiedyś się uda i wszystko okaże się takie... oczywiste. 


Dzień 5 listopadowego blogowania u Maknety: "Prosty".


Pozdrawiam Was i życzę spokojnej nocy Juju.


Mam ich kilka. Spisanych na różne okazje. 4/30

Prezentują przeróżne MUST i odptaszkowane DONE. Te pierwsze są źródłem napięcia, czasem niepokoju, zastrzykiem adrenaliny, kulą u nogi i wyrzutem sumienia, ponieważ wiem, że jeszcze nie zostały dokonane. Piętrzą, kumulują przypominając śnieżne zaspy drobniutko zapisane. Drugie budzą mój uśmiech i są powodem do szczerej dumy, że udało się zrealizować wszystko to, co zaplanowałam i skutecznie skreślić spełnione pozycje. 

Znalezione u Charming-Charleston
Tworzę je przy każdej nadarzającej się okazji. Najważniejsze są te sekretne, nieśmiałe i długoterminowe, które wirtualnie układają w głowie. Muszę dojrzeć aby je ożywić, spisać i uwierzyć, że są możliwe.

Maleńkie codzienne bywają błahe, czasem zawstydzają mnie i nie jestem pewna czy powinny znaleźć się w kalendarzu spraw ważnych. Przy całym zmieszaniu elektronicznym jestem wierna papierowym notesikom i kartałkom kumulującym istotne myśli, ulotne słowa, skojarzenia, które kiedyś w odpowiedniej chwili na pewno przydadzą się. Wierzę w to, że okażą się zgrabnym pretekstem do stworzenia większej rzeczy.

Punkt po punkcie jak krok za krokiem. Dają piękne złudzenie uporządkowania, które jest tak niezmiernie ważne kiedy bywa się takim niecierpliwym i roztrzepanym Mistrzem w pisaniu LIST…




Zdrawiam przemiło Juju.



Pierwsze o czym pomyślałam na myśl o słowie.. 3/30

PYCHA

...to moje ulubione Maślane bułeczki :)

Mój mały wewnętrzny chochlik szepcze, 
iż to arcy pysznie i dobrze o mnie świadczy
 skoro tak słabo reaguję na to słowo ;)

Oczywiście nie jest to blog kulinarny i raczej mało prawdopodobne aby kiedyś do takowego miana pretendował, pomimo naturalnego kobiecego instynktu do pichcenia. Jestem raczej smakoszem (zwłaszcza odkąd zaprzestałam palić i uczę się smaków na nowo), niż twórcą, a bardziej nowalijką kulinarną pokornie wertującą pysznościowe przepisy. Pichcę w nadziei, że uda się uzyskać efekt zbliżony do oczekiwanego i poziomie nieco wyższym niż u bohaterów ironiczno-pseudo-kulinarnych programów ;)

W gotowaniu najbardziej lubię sam akt przygotowywania. Wzorem TV kucharczyko-prezenterów bawię się w przygotowanie wszystkich składników wydzielonych w osobnych miseczkach. Kroję, albo siekam, odważam, miarkuję zapełniając kolejne naczynia, które stawiam na blacie równiutko jak do zdjęcia, skreślam w myślach wymagane pre-czynności. I tylko lampy błyskowej i szkiełka kamery brakuje. W myślach mówię do niewidzialnej publiki, że potrzebują: 

500g mąki
2 żółtka
50g drożdży
1 opakowanie 
cukru wanilinowego (około 16g)
100g cukru
250g mleka
60-80g masła 82%

I polecam zaopatrzyć się w dodatkowe ekstra jajko do posmarowania bułeczek przed włożeniem do pieca i ekstra mąkę do oprószenia stołu, na którym będzie możliwe kulturalne wyrobienie ciasta. 

Uśmiecham się wachlując ręką nad uszykowanymi wiktuałami, rada, że wszystko jest. Biorę garnek, do którego wsypuję cukier klasyczny i wanilinowy, wcieram drożdże i zalewam mlekiem. Gotuję wszystko przez około trzy minuty mieszając w rytm melodyjki z reklamy pewnego popularnego oleju.

Dodaję mąkę, żółtka, masło. Wyrabiam ciasto, aż będzie gładkie i mięciutkie, lekko klejące. Następnie przekładam je do miseczki z mąką, i przykrywam ściereczką z nadzieją, że wyrośnie w ciągu około 30 minut.

Ciasto rozwałkowuję na stole na grubość 1-1,5 cm, następnie szklanką, albo kufelkiem od piwa "wycinam" profesjonalne pierożkowe kółka. Z ciastowych kółek formuję kuleczki, układam je na blasze do pieczenia uprzednio wyścielonej papierem do pieczenia pierniczków.

Kuleczki maluję po główkach extra jajkiem rozbełtanym w misce i przykrywam ściereczką na kolejne 15 minut. W tym czasie ustawiam piekarnik 200C. Kiedy kuchenny kurczak-minutnik zapieje wkładam blachę do pieca na około 20-25 minut.

Z podanej ilości wychodzi mi około 18 przepysznych rumianych bułeczek :)

Wpis z okazji trzeciego blogowego dnia u Maknety :) 

Pozdrawiam Was 

PrzePysznie :D 

Juju



Najbardziej nieśmiały z nich wszystkich. 2/30

...
Ma blady cień, jasne świeże myśli i cichość w głosie. Budzi się jako pierwszy wraz z szumem wiatru wplecionym w ciepłe trele ptaków. 

W czasach zimnych potrafi skradać się w poświacie szarości. Oszroniony pędzelkiem maluje kwiaty na gładkim szklanym płótnie okien skrywających uśpionych ludzioszków wędrujących po ostatnich zakamarkach sennych eskapad ku niemu. 

Zastaje ich z niewinnymi dziecięcymi uśmiechami. Delikatnie muska ich powieki i szepcze do ucha tajemnicze zapomniane opowieści, takie, które pamięta się tylko prze mikro chwile
tuż po przebudzeniu…


***



Dzień drugi listopadowego blogowania u Maknety. Udało się :)




Zdrawiam Ciepło i Puchato Juju.



Smutek... i gwar nad zadumą, a tłok w ciszy. 1/30

Postanowiłam wziąć udział w listopadowym wyzwaniu blogowym zaproponowanym przez Maknete. Wcześniej miałam możliwość gościć kilkakrotnie na organizowanym przez nią środowym Wspólnym Dzierganiu i Czytaniu, do którego powróciłam po wrześniowej przerwie z wpisem prezentującym kolejny tom aktualnie czytanego przeze mnie "Oka Jelenia". 

Nie mogę obiecać, że uda mi się zrealizować wszystkie tematy zaproponowane przez Maknete ale będę się starać i mam nadzieję, że większość z nich pojawi się w odpowiednim czasie.

Odkryte na Fleaing France
Tak więc zapraszam do wspólnego blogowego szeptania, zaś dziś chciałabym rozpocząć pierwszym wpisem zawierającym w sobie...


...SMUTEK.


Nie jest rzeczą trudną odczuwać smutek. Nie w taki dzień jak dzisiaj kiedy to uczucie towarzyszy nam z założenia. Wpisane jest niejako w kalendarz wraz z datą pierwszego listopada.



Święto, owiane chryzantemowym zapachem obwarzanków i kiełbasek, upiększone romantycznym blaskiem zniczy o designie prosto z najnowszego tegorocznego katalogu, dzierżonych w dłoniach uczestników karawan pielgrzymujących ku miejscom pochówku najbliższych. To jest to! Warto na to czekać cały rok.

Dookoła gwar nad zadumą, a tłok w ciszy. 


Listopadowa wędrówka irytacji, że wszystko posuwa się tak wolno, multum ludzi rozpływa wokół, a każdy chce jak najszybciej spełnić swój listopadowy obowiązek i wrócić do świata żywych, przez chwilę rozpamiętując ile to już lat, miesięcy minęło od kiedy... prawdziwy smutek gościł w ich sercach. 

Wiem, nie mam prawa spłycać i wszystkim przypinać jednej nagrobnej wstążeczki. Oczywistym jest, iż istnieją ludzie odczuwający smutek permanentny i tacy dla których każdy dzień, taki jak dziś w szczególności, jest jak świeżo otwierana rana. Pęka starannie sklejana łupinka i żałość na nowo zalewa umysł przywołując wspomnienia i drżenie. Ludzi, którzy odwiedzają groby po raz pierwszy, gdyż tak się zadziało, że wcześniej bywali pielgrzymami wspomnień, bo strata ukochanej osoby nie była namacalna. Jakby dotykała innych. Działała wybiórczo.

Jesteśmy niejako zobowiązani do smutnej refleksji nad tym co było. Dumamy, wspominamy naszych bliskich w sposób szczególny. I każdy z nas dobrze wie, że taki dzień jak dziś jest potrzebny, w przeciwnym wypadku większość z nas, raz pochowawszy bliskiego członka rodziny, zapomniałaby o jego miejscu pochówku na zawsze. W raz z chwilą kiedy opadnie ostatni płatek z nagrobnego wieńca, a ciężka, zimna granitowa płyta przyciśnie wilgotną ziemię zasypującą ostatnie pożegnanie. Złożone w trumnie ciało, gnije, wysycha, zmienia w pył. Ukochanej osoby nie ma już tam. Fizycznie przestaje istnieć. Nie odczuwa, żadnej namacalnej bolesności, a dusza jeśli ma szczęście odczuwa błogi spokój i staje się powietrzem... trafia do nieba, piekła, albo na Hawaje... gdzie tylko chcesz ją posłać.

Czuję autosubiektywny wstyd. 


Ponieważ przypominają mi się dni, miesiące zaraz po staracie ukochanej osoby, bez której świat przestawał istnieć. Czas, który niósł ze sobą myśli, że smutek będzie już zawsze, a ja nie będę potrafiła cieszyć tym, że żyję i jestem szczęśliwa. Wstyd wiąże się z faktem, że nauczyłam się żyć na nowo, smutek zmutował, emocjonalnie zmienił się, a ja naturalnie przystosowałam się do świata bez tej osoby. Zaiste opowieść z happy endem... 

Za każdy razem kiedy myślę o dniu dzisiejszym, kiedy go przeżywam i uczestniczę -  odczuwam cichą, bezsilną złość. Coś się we mnie wewnętrznie sprzeciwia, tak jakby nie akceptowało śmierci i całej tej "ostateczności". Jednocześnie godzę się i pokornie spełniam co jest do spełnienia. Odwiedzam grób, pomagam go odświeżyć, wybieram kwiatek, światełko, a wszystkiemu towarzyszy szklanka w oku i jestem zła, bo czuję się przymuszona do przeżywania jakbym była dosłownie żywcem odkopywana. I tak co roku...

***


Pozostaje pamięć. Czasem zdjęcie, 
niezbędne kiedy pamięć zniekształca ukochaną twarz. 
Zapach, który dawno zwietrzał. 
Pusta buteleczka wody kolońskiej, 
zawieruszona w dawno spakowanym kuferku pamiątek 
z pretekstem do kolekcjonowania przeszłości. 
I te najważniejsze. Słowa.
Skojarzenia, ciche podszepty,
potajemnie utkane w głowie 
jak złote iskierki promienieją. 







Mikroprzerwa, nowy projekt. „Miliontrylion pasji” i rozszczelniona próżnia.

Si! Udało mi się wreszcie znaleźć garści czasu na klawiszowe mędrkowanie. Stęskniłam się za blogowym rytmem. Istnieje nadzieja, że niebawem uda mi się nadrobić zaległości w pisaniu, które zaplanowałam sobie. Nie po to dołożyłam tylu starań w reaktywację mojej małej internetowej wyspy, aby za chwilę ją bezczelnie porzucić. Nawet, jeśli tak mogło się wydawać spieszę z zapewnieniami, iż nie zapomniałam. Jednocześnie nałożyło się kilka wątków. Coś pomiędzy poszukiwaniem idealnej wymarzonej pracy, a przesytem internetowo-kreatywnym i pustosłowiem wszechobecnym. 

Status osoby zatrudnionej. 

Po kilku miesiącach niezaplanowanego urlopu powróciłam do statusu osoby zatrudnionej. I choć nie jest to praca marzeń warto zaznaczyć fakt, iż jest i stanowi dość istotny progres na linii mej pokręconej drogi ku własnemu miejscu. Pracując mam bardzo wiele czasu na rozmyślanie, średnio osiem godzin dziennie wpatruję się w kolorowe excelowe rubryczki. Co niestety poskutkowało tym, że po powrocie do domu ostatnią rzeczą jakiej pragnęłam było ponowne włączenie komputera i uraczenie co dzieję się na świecie, dzięki temu skumulowało się całe morze poplątanych wątków i zaległości.

Tak już jest, im bardziej mechaniczną czynność wykonujesz nawet, jeśli jest umysłowa, tym bardziej pozwalasz swoim własnym myślom meandrować. Jednym z moich ulubionych tematów analizowania jest poszukiwanie idealnego miejsca dla siebie, celu i realizacji planów, pasji i marzeń. W myślach płynnie przeskakuję od jednego wątku do drugiego, radując, irytując, złorzecząc, rozpaczając vel skrajnie szaleńczo ciesząc. Niekończąca wędrówka, która ostatnimi czasy skupiła się na próbie zmierzenia z pasjami i marzeniami. Wędrówka Arcy przewrotna. I nie ma właściwie końca, gdyż spieram się i zwalczam swoje rację nieustannie z uwielbieniem i równą wytrwałością, zaś opiera się o skomponowaną ukradkiem listę elementów wpływających na realizację naszych upragnionych celów:

 *Liście pasyjnych zależności: 
Emerald Doodle by Micklyn

Chęć do nauki
Cierpliwość
Czas
Docenieni przez bliskich
Eliminowanie ograniczeń
Finanse
Konsekwencja
Możliwość prezentacji
Ograniczenie nieracjonalnych szaleństw
Pasja
Podsumowanie kroków
Praca
Przeciwwaga
Szczęście
Talent
Wytrwałość
Zaangażowanie
Jestem mistrzem falstartów.



Nienawidzę być zwieszona w czasoprzestrzennej próżni. 

I wdzięczna jestem wszelko, że udało się ową próżnię rozszczelnić. Coś takiego potrafi totalnie odmóżdżyć tak, że nawet rzeczy, które uwielbiasz robić i które sprawiają Ci przyjemność przestają podobać się i odechciewa się poszukiwanie nowych rozwiązań. Bolesne jest to tym bardziej i jeszcze bardziej porusza, kiedy jest się takim wiecznie nienasyconym stworzeniem. Poznając nowe rzeczy, techniki, zainteresowania, sposoby dzieję się coś ekstremalnie nieopisanego. Znasz to? 

Ten jasny przebłysk przed oczami i gorący żar w dłoniach i w głowie, kiedy wpada nowy pomysł. Idea, mała przelotna zjawka, która ma szansę okazać wielką rzeczą. 


Czujesz to. Korci Cię, aby wykrzyczeć, a przez to nie możesz znaleźć sensownego miejsca dla swoich arcy kreatywnych i pomysłowych czterech liter. „Jeśli tylko…” magiczna lista pasyjnych zależności i wymagań zostanie spełniona* i nie przerwie się jej, po którymś durnie sfabrykowanym „ale..”.

Jeśli wiesz jak to jest, jeśli chciałbyś świadomie kreować swoje zainteresowania i nie poddawać się im bezmyślnie to możemy przybić wzajemnie piąteczkę ku lepszemu poszukiwaniu pasji, które nas wzbogacają, nie zaś doszczętnie zrujnują psychicznie i nierzadko finansowo. Coś w tym jest taka fabryka kolorowych jednorożców wypasanych na fioletowej łączce może zacnie dać nam po kieszeniach.. jakby ktoś wymarzył sobie takowe tęczowe przedsięwzięcie.

 Kolejność wątków zapewne nieprzypadkowa.

Chciałabym móc spisać i zgrabnie poukładać, niczym równiutkie cegiełki, podwaliny czegoś bardziej stabilnego. Może wówczas sama nauczę się bardziej praktycznie podchodzić do marzeń i planów. Nauczyć się wybierać mądrzę wedle realności i uszczęśliwienia. Taki oto mam plan urozmaicenia jesiennych pracowniczych rozkmin. Ufam, iż uda się je również spisać, a jeśli do tego zechcecie mi po przerwie towarzyszyć będzie mi zacnie i ciepełko. Mam nadzieję, że znajdziecie coś, co i Was natchnie.


Jeśli chodzi o pisanie osobiście trzymam się jednej podstawowej zasady ! 

– trzeb mieć, o czym pisać, trzeba coś przeżyć, zaznać, odczuć, przeczytać coś, co natchnie, aby właściwie móc się z tym zmierzyć w postaci własnych realnych słów. Osobiście cenię sobie wartościowe teksty pisane choćby z rzadka, ale niczym własnoręcznie ostrzonym gęsim piórem trafiające w sedno tematu. Czasami zazdroszczę tym wszystkim „płodnym” duszyczkom, które potrafią na pstryknięcie spłodzić tekst o seledynowym papierze toaletowym, a za chwile roztkliwiać się nad zaginionym szczeniakiem wychowanym przez amazońskiego krokodyla uprowadzonego przez szalonego terrorystę pluszowych misiów wyplatanych z waty cukrowej, który uwielbia ten najnowszy, najmodniejszy metaliczny lakier w kolorze śliwkowego g… Nie znam się na tym totalnie, ale czasami można i z tego pośmiać czytając.

Drugi pomysł na jesienne pisanie łączy się z moimi nowymi doświadczeniami jako newbie kierowca. Po prawie 3 miesiącach od odebrania dokumentu uprawniającego do jazdy mogę się śmiało pochwalić pierwszym 1000km, ale o tym chciałabym opowiedzieć w oddzielnym wpisie pod etykietą Zielonego Listka.

Zapraszam na jesienne mędrkowania, czas spichrzowy, porządkowy, wyczekujący… zacichający przy filiżance aromatycznej gorącej czekolady.
Chai Hot Chocolate

Prawo Jazdy - wielka mała rzeczy - czyli jak sprawić, abym mityczne B stało się Twoim udziałem :]

Odebrałam plastikową kartę za równowartość banknotu stuzłotowego, licznego stresu egzaminacyjnego, nieskończenie długiego wyczekiwania i nadziei, że wszystko uda się i stanę się dobrym, odpowiedzialnym kierowcą. Magiczna karta, dzięki której ostatecznie uprawomocniła się moją mobilność. Cudowne marzenie stało się rzeczywistością, a w tle chóry anielskie i lukrowane konfetti – jak na finałach mistrzostw świata czy innych zawodów sportowych.

Zzzzzzzzytttttt [dźwięk zatrzymanej kasety wideo i wciśnięty przycisk reverse <<]

Znasz to uczucie? Wyobraź sobie przez chwile, że jesteś kukiełką, kolorową pacynką, która bierze udział w wyścigach. 

Jesteśmy warci tego aby być szczęśliwym !

by Katie Daisy

Trochę refleksyjnie ale z optymistycznym akcentem :)

Potrzeba czasu, aby wreszcie zrozumieć, że im więcej się planuje, myśli o każdym słowie, maleńkim geście i rozkłada na elementarne cząsteczki, które pozornie mają coś wyjaśnić tym w istocie jeszcze bardzie traci się sens i wszystko rozsypuje się bezwładnie. Nie stanowi całości, a jedynie oderwane fragmenty, które nie dają żadnej odpowiedzi. 

Czasem tak mocno skupiamy się na nich, analizujemy i bierzemy do siebie, że umyka nam z oczu to, co najważniejsze. Skupiając się na pojedynczych stanach nie potrafimy swobodnie przełknąć chwil i cieszyć nimi w pełni. Doszukiwanie złego, prawie na życzenie niesie zło, bo przecież, jeśli z góry spodziewamy się najgorszego to jakoś łatwiej nam zaakceptować, że spotyka nas niepowodzenia, porażka... smutek. Błędne, bezsensowne koło.

Ten blog jest jak kot, ma co najmniej dziewięć żyć.

by Lucia Stewart
Bardzo długo zastanawiałam się co zrobić z tą stroną. Pierwotnie funkcjonowała pod kilkoma różnymi nazwami, była skrzynką pocztową i pamiętnikiem, aby ostatecznie przybrać formę poetyckiej oazy gdzie mogłam zaprezentować moją własną poezję i podzielić fragmentami inspirujących obrazów. Prostych prozaiczny obserwacji życia codziennego, bez prywatnego patroszenia własnym, z których miały kiedyś powstać literackie pełne wersje. Taki był plan.


Oczywiście, jak można było się spodziewać stało się nie co inaczej.  


Istnieją ludzie, którzy mają prawdziwy dar.

Istnieją ludzie, którzy mają prawdziwy dar. Potrafią tak pięknie mówić, tak, że słuchając ich masz ochotę zamknąć oczy i wtulić się w samo brzmienie słów. Widzisz pod powiekami opisywane obrazy, charakterystyki miejsc, twarze i zachowania poznawanych bohaterów. Zmieniony głos rysuje ich pasje i zachowania.

Masz wrażenie, że jak otworzysz oczy, zobaczysz to wszystko dookoła siebie. Tacy ludzie, praktycznie w każdym temacie umieją znaleźć odpowiednie słowa, znaczenia. Nie peszy ich publika, ufają sobie i w to co mówią, ponieważ gdzieś w nich, istnieje nieuchwytna, nieopisana pewność, że potrafią skłonić do siebie innych.

Zaczarować sobą.


Poezja z lat 2000 - 2013

Postanowiłam zebrać wszystkie moje wiersze napisane w latach 2000-2013, które niegdyś umieściłam na tej stronie w różnych postach i czasach w jednym wspólnym poście tak, aby oddzielić moją poetyczną twórczość. I wyznaczyć nowy etap. 

Kolejność jest luźna i nie zawsze chronologiczna, nie które z pierwszy moich wierszy opatrzone są konkretnymi datami w latach późniejszych roczniki zacierając się. Pozostaje spójny okres w jakim powstały i zbliżona tematyka poszukiwania siebie opartego od wrażliwe sensoryczne odczuwanie.

Mam nadzieję, że kiedyś będę mogła wydać moje wiersze w postaci tomikowej na pięknym pachnącym drukiem papierze. Z grafikami lub zdjęciami o tematyce współgrającej z emocjami poetycznymi. Kilka pomysłów chodzi mi po głowie. Nie mniej aby projekt ten miał miejsce potrzeba czasu, cierpliwości i pracowitości. 

Zapraszam serdecznie do zapoznania się :)